Jak nisko może upaść człowiek…

Piątkowe popołudnie. Ruch w aptece niewielki. Po godzinie 18 zgłodniałem i na spółkę z Marzenką zamówiliśmy pizzę. Pizza dojechała około 19.30. Zjedliśmy na zmianę. Najpierw Marzenka, potem ja. Nic nie zostało, więc karton po pizzy wylądował w koszu na śmieci. Na drugi dzień, tj. w sobotę miałem dyżur w godzinach 9-15. Kierowniczka Miecia była już w pracy od godziny 6 (!). Dyżur miała ze mną Karola. Parę minut po 9 Karola podchodzi do mnie i z przerażeniem w oczach szepce:

Tadeusz, kierowniczka pytała się mnie przed chwilą, kto wczoraj zamawiał pizzę o 18.15

Myślałem, że się przesłyszałem… Całą poranną sytuację opowiedziała nam później Halina, która też w sobotę była w pracy. Otóż, Miecia chyba wyrzucając coś do śmieci zauważyła karton po pizzy. Wyciągnęła go ze śmietnika, obejrzała i zaczęła szukać paragonu, który pewnie spadł gdzieś głębiej w przepastne czeluści naszego kibla. Ale nic to. Nasza dzielna Miecia zakasała rękawy i dalejże grzebać w śmieciach.

– Znajdę go (paragon) choćby nie wiem co – powtarzała sobie w duchu przerzucając coraz to nowe pokłady śmieci.

– Jest!!!!

Z dociekliwością godną Sherlocka Holmesa i z wrodzoną sobie inteligencją  w błyskawicznym tempie zlokalizowała na paragonie godzinę przyjęcia zlecenia i dostarczenia pizzy.

– No, to teraz ja im pokażę, pomyślała (!) i przypięła paragon na korkowej tablicy w biurze jako dowód rzeczowy.

– Nie będą mi się tu obżerać!!! Od tego jest przerwa na międzyzmianie!!!

I w jednej chwili swój zamysł zaczęła przekuwać w czyn. Przepytała Halinę czy nie wie , kto zamawiał pizzę i kto ją jadł. Ponieważ  od Haliny nie dowiedziała się niczego „dopadła” o 9 Bogu ducha winną Karolę. Ta, nie wiedząc o co chodzi, w dobrej wierze nie podejrzewając niczego, powiedziała że to ja i Marzenka. No i oberwało się biednej Karoli, że tak nie można, że ona nie będzie tego tolerować, że od jedzenia jest przerwa i tym podobne historie. W między czasie zdążyła wysłać sms-a do Marzenki z zapytaniem, czy to ona jadła pizzę. Marzenka przytomnie nie odpisała.

Dodam tylko, że ja cały czas byłem w aptece, ale od Mieci nie usłyszałem ani słowa…

Poniedziałkowy poranek w pracy przyniósł kolejne news’y. Tym razem oberwało się Marzence, która przyjechała wcześniej do pracy i usłyszała od kierowniczki takie oto słowa:

– Ty Marzenka, lepiej módl się żebym tego paragonu nie pokazała pani Joli. A tak w ogóle, to ponieważ wasza zmiana jest za bardzo zżyta ze sobą to postanowiłam, że Felicja odejdzie z waszej zmiany, a przyjdzie do was Rysio i Grażynka – oni muszą razem, bo małżeństw się nie rozdziela.

Gdy przyszedłem do pracy parę minut przed ósmą, Marzenka jeszcze „szukała swojej szczęki na podłodze”. Ogólnie zrobiło się ciężko, duszno i do dupy.

Zastanawiam się jak nisko musi upaść człowiek(?) aby posunąć się do takich rzeczy. Co kieruje taką osobą, jakie strachy, obawy i chore lęki popychają ją do tak surrealistycznych działań. Czy istnieje granica, której taka osoba nie jest w stanie przekroczyć? Obawiam się , że chyba nie…

A wracając do Rysia i Grażynki. Czy oni to jakiś „duopack”, którego nie można rozdzielać? :-)

…to dla mnie wielki zaszczyt

Kolejny dzień w pracy.  Pacjentka ma na recepcie sześć opakowań Tegretolu. Sprawdzam stan w komputerze – jest dziesięć  sztuk. Odruchowo sięgam do szuflady oznaczonej literką „T” – jak Tegretol. Teoretycznie właśnie tam powinno znajdować się sześć moich poszukiwanych opakowań. Teoretycznie… Bo oto rozpoczyna się taka akcja: w szufladzie znajduję tylko dwa opakowania, w poszukiwania włącza się Miecia, bo akurat jak przystało na kierownika z prawdziwego zdarzenia układa towar na półkach i też chce być pomocna, oraz Halina, która leci na polecenie Mieci do magazynu szukać Tegretolu pod literką „T”. W pewnym momencie Miecia krzyczy gdzieś w bliżej nie określoną przestrzeń: zobaczcie na „wiszącej” półce!!! Halina z trudem wyłuskuje z magazynu jakieś dwa opakowania. Brakuje jeszcze dwóch. Sprawdza na wiszącej półce. Nie ma… Po kilku minutach triumfujący okrzyk kierowniczki Mieci: „Halina, ja ciebie zabiję!!! I pana Tadeusza też!!! Znalazłam dwa opakowania na „wiszącej”!!! ”

To nie ważne, że każde z sześciu pudełek było w innym miejscu (równie dobrze mogło być na Księżycu), że trzy osoby szukały leku, że to wszystko dzieje się w aptece, a nie w składnicy złomu. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zapowiadana śmierć z rąk tak znamienitej osoby byłaby dla mnie wielkim zaszczytem…

Brak odpowiedzialności, czyli musztarda po obiedzie

Od tygodnia, czyli od zeszłego piątku siedzę w domu z moim synkiem. On ma anginę, a ja opiekę nad chorym dzieckiem. Mały dostaje antybiotyk trzy razy dziennie i leży w łóżku. W sobotę i niedzielę byłem w pracy (w tym czasie naszym synkiem opiekowała się moja żona). W sobotę podczas realizacji jednej z recept pomyliłem się i wydałem Augmentin 1g zamiast Augmentin 0,625 ( sprawa dotyczy dorosłej osoby). Pomyłki się zdarzają. Nie myli się tylko ten, kto nie pracuje.

O swojej pomyłce zostałem poinformowany przez kierowniczkę Miecię dopiero we wtorek rano(!). Powiedziała mi, że dodzwoniła się do pacjenta i przekazała mu informację, że został wydany silniejszy antybiotyk i że ja mam do niego jeszcze dzwonić zamawiając rozmowę międzymiastową, bo tylko tak można się z nim skontaktować(?). Podobno info tepsy nie podało numeru abonenta. Nie bardzo wiedziałem po co mam jeszcze do niego dzwonić skoro został o wszystkim poinformowany, ale ok. Okazało się, że z telefonu komórkowego niestety takiej rozmowy zrealizować nie można…Dzwonię do kierowniczki informując ją o tym fakcie. Odpowiedź brzmiała:” to poszuka pan w googlach, tam na pewno coś jest”. Niestety nie było. Obdzwanianie info tepsy i orange też niczego nie dało.

I tak minął wtorek, później środa. W czwartek rano otrzymuję smsa od Mieci: ” I co? Załatwił pan ten antybiotyk?” Ponownie odpowiedziałem, że z komórki nie można zamówić rozmowy, a pod tym adresem abonent o takim nazwisku nie figuruje. I za chwilę otrzymuję sms zwrotny: ” To mógł pan podjechać”. Odpisuję, że nie mogę bo siedzę sam z chorym dzieckiem w domu ,a żona wraca dopiero po godz. 20. Tego smsa wysłałem w czwartek w południe. Odpowiedź nadeszła dopiero w piątek (!) rano:

„Panie Tadeuszu to jest brak odpowiedzialności. Do tej miejscowości nie ma pan daleko”.

Nie wytrzymałem i oddzwoniłem do kierowniczki przypominając jej po raz drugi, że dodzwonić się nie mogłem (zresztą po co, skoro pacjent już był o wszystkim poinformowany), oraz że moja żona wraca po 20 do domu i nawet gdybym chciał jechać do pacjenta i wymienić mu lek na właściwy, to i tak musiałbym najpierw podjechać do godz. 20 do apteki po Augmentin 625.

Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem od Mieci, że pacjent skontaktował się już z lekarzem i ten nie widział przeszkód aby przyjmować silniejszy antybiotyk.

W tej całej historii zastanawia mnie tylko jedna, a właściwie dwie rzeczy. Dlaczego ta cała sprawa została „rozwleczona” na cały tydzień, dlaczego kierowniczka Miecia upierała się tak mocno przy tym, że to koniecznie ja mam jechać do tego pacjenta skoro pacjent za zgodą lekarza już od kilku dni przyjmował silniejszy antybiotyk.

Aha, jeszcze taki mały drobiazg. Zapomniałem dodać, że ten pacjent mieszka niemalże po drodze do pracy trzech naszych dojeżdżających samochodami pracowników. Jak myślicie, kto jest jednym z nich…? :-)

Uprzejmie donoszę, czyli smutna ewolucja Jadzi

Witam wszystkich po dłuższej przerwie. Ludzka głupota jest z nami cały czas, także proszę się nie przejmować brakiem wpisów za ostatnie parę miesięcy. Właśnie ostatnio pokazała znowu swoje oblicze…

Kolejny dzień w tygodniu. Przychodzę do pracy na 12. Zmieniam Jagodę, która schodzi na przerwę. Na przerwę schodzi także Mariusz, który ma okienko obok mojego. Ja przygotowuję się do pracy ( wyjęcie kasetki z pieniędzmi, zalogowanie się do programu ), a Mariusz się pakuje zwalniając miejsce dla Marzenki. Wszystko to trwa 2-3 minuty. Po drugiej stronie jedna osoba. Pusto. W międzyczasie rozmawiam z Mariuszem na jakieś mało istotne tematy. Jadzia jest już od 3 minut na swoim stanowisku i obsługuje jakiegoś pacjenta. W pewnym momencie pojawia się jak spod ziemi kierowniczka Miecia i pogania Mariusza żeby się szybciej pakował i nie zawracał mi głowy, bo ja (Tadeusz)muszę otwierać okienko. Ok, nie ma problemu tym bardziej, że akurat w aptece nie ma nikogo. Mijają dwie godziny mojej pracy i schodzę wraz z innymi na przerwę. Podczas posiłku Jadzia zwraca się do mnie takimi oto słowami: „Tadeusz, musimy pogadać o tym co się wydarzyło”. Nie bardzo wiem o co jej chodzi, więc mówię żeby powiedziała o co chodzi. I zaczęło się…

„…że ona i inni(?!) mają już dość naszych (Mariusza i moich) pogaduszek w czasie pracy, że mówi w imieniu wszystkich (!?), że to nie po koleżeńsku, że ona musi pracować, a my sobie stoimy i gadamy, że jak chcemy pogadać, to możemy się umówić do knajpy, a nie tu w pracy, że…, że…, że…”

Byłem tak zaskoczony tym co usłyszałem, że parsknąłem śmiechem. Myślę sobie, że chyba się przesłyszałem, że to jakiś żart i tak to potraktowałem. Ale po minie i zawziętości Jadzi widziałem, że to nie przelewki. I jak się później okazało miałem niestety rację… To co usłyszałem od Mariusza było porażające. Opowiedział mi o tej części „przedstawienia” Jadzi, którego nie byłem świadkiem. Otóż, Jadzia widząc nas rozmawiających pobiegła do kierowniczki Mieci z tekstem mniej więcej tego typu:” plosę pani, a oni to znowu lozmawiają i ja sama musę placować„. Później, w magazynie wyłożyła swoje „żale ” Mariuszowi, który też się mocno zdziwił tym co usłyszał.

Każdy z nas ma takie chwile w pracy, że sobie przystanie, z kimś chwilę porozmawia. Jadzia też nie jest wyjątkiem. Ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby robić z tego taki problem i rejestrować w minutach kto z kim ile rozmawia. Ewoluujemy wszyscy. Jedni szybciej, drudzy wolniej, ale jak widać ewolucja niektórych nie biegnie w dobrym kierunku…I to jest smutne…

 

 

Wesołych Świąt :-)

Święta tuż, tuż, a i Sylwester za chwilkę. Grafik na Wigilię i Sylwestra wisi od około miesiąca. Każdy może go zobaczyć, wpisać się. Mało tego, grafik wisi cały czas w pokoju kierowniczki, a dokładnie na tablicy korkowej tuż przed jej nosem. Trudno go nie zauważyć. Jest taki zwyczaj, że osoby, które miały dyżur w zeszłym roku w Wigilię, w tym roku mają dyżur w Sylwestra i odwrotnie. Żeby było sprawiedliwie. Kierowniczka nie ingerowała w to, kto i na jaki dzień się wpisuje. Do dzisiaj ,czyli do 23 grudnia ,kiedy w zasadzie wszyscy mamy już plany świąteczno-sylwestrowe raczej „zaklepane”… Kierowniczka „nagle” zauważyła, (przypominam: grafik wisi od około miesiąca), że w Wigilię jest mniej osób niż w Sylwestra i zaczyna gwałtownie szukać osoby, która byłaby chętna do przyjścia w Wigilię do pracy. Niech szuka… :-)